Jak tu nie płakać?

Rok zapowiada się beznadziejnie. Od samego początku nic tylko porażki życiowe. Z pieniędzmi coraz gorzej, a perspektyw na poprawę na razie nie widać. Cholerny świat kręci się w okół pieniędzy. Mówi się, że nie one dają szczęście, ale ich niedobór sprzyja nieszczęściu. Zaczęło się od tego, że auto męża już w listopadzie wylądowało w garażu, bo śrubki w silniku się obluzowały, a jedna się zgubiła i silnik groził nam wypadnięciem na środku autostrady, rodem jak z kreskówek. Ponad tysiąc euro poszło na dokręcenie głupich śrubek. Potem wcale nie tanie święta, wszyscy wiemy jak ten magiczny czas może wycisnąć nas z kasy. W styczniu rodzina mi się całkowicie rozpierdzieliła. Bratowa nie chce mnie znać, brat się do mnie nie odzywa, a poszło o głupią sytuacje związaną z moją mamą. Sytuację, która po miesiącu rozwiązała się sama, ale bratowa uznała mnie za najgorszego wroga, ponieważ śmiałam się wtrącić w sytuację i stanęłam w obronie mamy. Szwagierka przeklęła mnie i moją mamę do końca życia (jej ub mojego). W między czasie szukałam i szukam pracy na stałe. Miałam nawet jedną rozmowę kwalifikacyjną na stanowisko kasjerki i pracownicy sklepu ze sprzętem jeździeckim. Dla mnie praca marzeń. Po fantastycznej rozmowie i zapewnieniach, iż będę tam doskonale pasować, a zakończywszy na tym, iż są pod wrażeniem mojego CV. Po tygodniu dostaję maila z odpowiedzią. Bardzo dziękują mi za entuzjastyczną solicytację, ale stanowisko jest już zajęte. Jednakże zachowają moje CV i będą mnie mieli na uwadze w przyszłości. Możecie mnie w tyłek pocałować w przyszłości. Po co te wszystkie komplementy i zapewnienia, skoro tydzień później wszystko okazuje się kłamstwem. Luty nie zaczął się wcale lepiej… już na samym początku w mojej czerwonej osie pierdzielnął układ zmiany biegów. Ani w te ani we wte. Holowanie załatwione, jedziemy do serwisu. Po oględzinach jest werdykt: układ do wymiany i przy okazji układ hamulcowy, bo za miesiąc znów się autko rozkraczy, a z hamulcami nie ma żartów. Mus, to mus i kolejne 1500 euro poszło. Ja w między czasie ciągle szukam pracy. Przebieram w ofertach jak w kartkach papieru. Wszędzie doświadczenie wymagane. Nikogo mnie obchodzi wysoka motywacja do pracy ani chęć uczenia się. Doświadczenie i tyle, tylko jak je zdobyć, jak bez doświadczenia nie zatrudniają? W tym tygodniu znów serwis… cholerny czujnik spalin się zepsuł. Podejrzewam, że to wina mechanika, bo jeszcze w zeszłym miesiącu było sprawny. Ale jak to udowodnić w serwisie? Nie da się, więc kolejne 300 euro. W miedzy czasie zepsuła się zmywarka do naczyń. Wiem luksus nie potrzebny do życia, przecież zmywać można ręcznie. Robiły tak nasze babcie i mamy, więc jest powrót do korzeni. Wczoraj mąż obwieszcza mi, że jego samochód musi jechać na przegląd i naprawę, bo gdzieś mu płyny wyciekają. Świetnie, po prostu świetnie. Na dokładkę miałam przed chwilą telefon w sprawie pracy. Rekruterka stwierdziła, iż prowadzenie małego biznesu w Polsce przed dziesięcioma laty nie można nazwać „doświadczeniem w sprzedaży”, więc z tego powodu nie nadaję się na kasjerkę… Jakie to depresyjne, gdy jakaś gówniara, która nawet nie czytała CV mówi Ci, że nie nadajesz się nawet na pierdoloną kasjerkę. Po tym telefonie usiadłam w kuchni i się zwyczajnie rozpłakałam. Moje pokłady siły są na wyczerpaniu i tyle. Mimo, że próbujemy oszczędzać, ciągle krwawimy wydatkami. Gdyby nie codzienne wizyty w stajni i Nosek, to poddałabym się całkowicie, a tu mąż stwierdził, że jak tak dalej pójdzie to będziemy musieli ją sprzedać, bo nie damy rady. Po dwóch latach ciężkiej pracy i miłości wreszcie zaczynami mieć jakieś małe osiągnięcia, a teraz trzeba będzie sprzedać Dzidzię. Klątwy bratowej działają całkiem sprawnie. Jedno jest pewne, jeżeli będę musiała sprzedać Noska, nigdy już nie będę miała konia. Nie będę w stanie przejść przez to po raz trzeci.

Edit: Przed chwilą dostałam maila. W centrum ogrodniczym też mnie nie chcą. Nic tylko zwinąć się w kłębek, nakryć kocem i wegetować.

Opublikowano W domu | Otagowano | Skomentuj

Święto zmarłych

Długo motałam się wewnętrznie, czy aby dodać ten wpis. Jednak po przelaniu go na ekran, jakoś mi ulżyło, więc to coś oznacza.

Coś mi mówi, że już niedługo święto zmarłych przybierze dla mnie całkiem nowego znaczenia. Do tej pory jeździło się na cmentarze razem z mamą,odwiedzać groby babć dziadków, wujków, ciotek i kuzynów, których się na oczy nie widziało. Takich których zna się tylko ze zdjęć na nagrobkach. Odmawiało się modlitwę, przez chwilę ze smutkiem myślało o śmierci. Do teraz…

Niestety mam odczucie, że już niedługo poczuję to co czuj moja mama odwiedzając grób swoich rodziców. Będę czuła to co ona czuje co roku, będę wspominała wszystkie te dobre i złe chwilę, które wiążą się z moim ojcem.

Ojca nie widziałam od ponad 10 lat, ba nie miałam z nim absolutnie żadnego kontaktu. Nie chciałam, szczerze go nienawidziłam. Obwiniałam za całe zło, które spotkało moją rodzinę, obwiniałam go za wszystkie moje łzy. Nienawidziłam go za to, że nie chciał o nas walczyć.

Mój ojciec jest alkoholikiem. Był nim odkąd pamiętam, ale dopiero w wieku 19 lat odkryłam co to tak naprawdę znaczy i czym się objawia. Ponad 10 lat temu jego choroba wygrała z nami wszystkimi, wygrała ze mną. Zawsze mówił mi, że jestem jego oczkiem w głowie, córunią tatusia. Tą, którą kochał najbardziej, lecz moje prośby, błagania nie skłoniły go do leczenia. Nie skłoniły go nawet do refleksji nad tym jak rujnuje mi życie. Do picia doszło jeszcze znęcanie się nad moją matką i tylko ja zostałam tą, która może jej pomóc. Rodzice się rozwiedli, rodzina rozwaliła. Znienawidziłam go, za to że tak znienawidził matkę, że musiał ją bić. Nie raz wyłam świadkiem, nie dwa razy przyjeżdżałam ze studiów do zimnego domu w zimie, bo wyłączył ogrzewanie. Znienawidziłam go i za to. Znienawidziłam go za to, że musiałam oddać mojego konia, miłość mojego życia, by nie narobić sobie długów jeszcze przez 20-stką. Znienawidziłam go za to, że tylko ja się matką opiekowałam, bo bracia stanęli po jego stronie. Bracia mieli własne domy i rodziny, nie widzieli co się w domu dzieje.

Przez ponad 10 lat miałam do niego ogromny żal i tylko nienawiść w sercu. Ułożyłam sobie życie bez niego, nie zaprosiłam go na własny ślub, bo nie był mi już do szczęścia niezbędny. Kiedyś był najważniejszą osobą w moim życiu, każde jego słowo było dla mnie jak objawienie z niebios, a ja nie byłam dla niego na tyle ważna, by podjąć leczenie i ratować nasze życie. Normalni rodzice, którzy nie mogą się znieść, rozwodzą się i utrzymują ze sobą jako taki kontakt ze względu na dzieci, albo i nie. Moi rodzice swoją nienawiścią zniszczyli mi przyszłość. Na szczęście spotkałam na swojej drodze mojego obecnego męża i byłam w stanie poskładać swoje życie na nowo.

Teraz ojciec leży w szpitalu. Śmiertelnie chory, lekarze podejrzewali raka żołądka. Podczas operacji rozpoznawczej wycieli mu cały żołądek i jelita, połączyli przełyk i odbyt jednym połączeniem. Teraz czeka go terapia i życie o jednym posiłku dziennie, jeżeli przeżyje do Świąt. Z wiadomością przyszła mi bratowa. Jak usłyszałam złe wieści, rozryczałam się strasznie i wtedy zrozumiałam, że mimo wszystko go kocham, że jest moim ojcem i wybaczyłam mu wszystko. Mimo, iż to mnie wciąż boli, nie chcę do tego wracać. Rzuciłam wszystko i pojechałam do szpitala. Zobaczyć go być może ostatni raz, pogodzić się z tym i zamknąć ten rozdział swojego życia. Jakoś mi się to udało bez ryczenia przy jego łóżku, zapewniłam go, że dobrze mi się żyje. Teraz oboje możemy żyć w spokoju.

Opublikowano W domu | Otagowano , , , , , | 1 komentarz

Jabłkowe ciasto kukurycziane z chili

Ciasto kukurydziane

Z racji tego, że nie samymi końmi człowiek żyje i jeść też musi. Obok jeździectwa mam jeszcze dwie pasje. Lubię pysznie zjeść, a co za tym idzie lubię pysznie gotować oraz lubię grzebać w ziemi, chociaż ogrodnictwo jakoś nie bardzo mi wychodzi. Lubię jednak obserwować jak to co zasadziłam rośnie sobie u mnie w ogródku. Czuję się w tego jakoś tak spełniona.

Jednak dzisiaj chciałam podzielić się znalezionym przepisem na wariację szarlotki. Od ładnych kilku lat miałam w lodówce nieużywaną mąkę kukurydzianą. Dzisiaj postanowiłam ją wreszcie zużyć. Oryginalny przepis znajdziecie tu: http://bezpszenicyy.blogspot.nl/2014/03/jabkowe-ciasto-kukurydziane-weganskie.html?showComment=1415482283771#c7704722756711753495

Z racji tego, że nie miałam gotowego musu jabłkowego, za to miałam stare jabłka, które zapomniałam zabrać dla Noska, zrobiłam swój własny mus.

Składniki na mus:

ok 600g brzydkich jabłek

łyżka miodu

szczypta zmielonej papryki chilli

łyżeczka cynamonu

3 łyżki ksylitolu

łyżka esencji waniliowej

Przepis:

Jabłka obrać, brzydkie części wykroić, pokroić na kawałki. Wrzucić do garnka o grubym dnie, dodać ksylitol, esencję waniliową, miód chilli i cynamon. Całość gotować pod przykryciem ok 10 min (lub do miękkości), jeżeli jest za mało soku, dodać odrobinę wody. Kiedy będzie gotowe, zmiksować na gładką masę.

Przepis na ciasto

2 szklanki mąki kukurydzianej

3 łyżki ksylitolu

płaska łyżka sody oczyszczonej

50g taniej oliwy z oliwek ( w oryginale było oleju rzepakowego, ale nie miałam)

szczypta soli (zapomniałam)

Piekarnik rozgrzać do 200 stopni (nie z termoobiegiem) Suche składniki wymieszać dodać 500 g musu i olej, wszystko razem dobrze wymieszać mikserem. Resztę musu wlać na dno formy silikonowej i wyrównać, dodać masę na ciasto. Piec przez 40 minut. Po tym czasie ostudzić w piekarniku przy uchylonych drzwiczkach.

Ciasto wyszło pyszne, ma posmak miodu i lekko pikantną niespodziankę. Dodatkową zaletą jest to, że jest light, bez jajek i bez glutenu pszenicznego.

Naprawdę polecam. Mężowi smakowało, a ja muszę się powstrzymywać, by nie zjeść więcej, bo chcę je jutro zabrać do stajni.

Opublikowano W domu, W kuchni | Otagowano , , , , | 1 komentarz

Karny ch** za jędzowatość

Nie dość, że pogoda zrobiła się deszczowo-jesienna, to w stajni atmosfera zrobiła się do bani. Dzisiaj koleżanka zarobiła drugiego strike’a ode mnie, w dosyć krótkim czasie. Pierwszy był we wrześniu, kiedy to po ciągłym powtarzaniu, że Nosek MUSI mieć derkę przeciwko egzemie, kolejny raz jej rano nie założyła. Mamy z koleżanką układ, że ona wyprowadza rano na padok moją klacz, a po południu ja wyprowadzam jej wałacha. W ten sposób oba konie wychodzą częściej na dwór. Aż tu pewnego dnia, przychodzę po południu do stajni, a Babol nie ma POŁOWY ogona!!! Moje przerażenie i gniew sięgnęły zenitu. Mimo tego próbowałam spokojnie zapytać się, czemu nie założyła rano derki. Stwierdziła krótko, że nie miała czasu i wypuściła ją bez. Powiedziałam jej, że przez to Nosek wytarła sobie połowę ogona. Koleżanka na to (z miną jakby zjadła wszystkie rozumy na świecie), że to na pewno nie od tego, . No, żesz ty franco!!! A niby od czego? Wróżka zębuszka? Powiedziałam jej, najgrzeczniej jak umiałam, iż nie chcę by wyprowadzała więcej Noska na padok, bo ja ciągle kupuję drogie płyny, maści i balsamy na ogon, ale to nie będzie działać, jak nie będzie zakładać derki oraz, że wolę, by zastała w stajni, niż miałaby wyjść bez. W żadnych zdaniu nie użyłam sformułowań: „ty”, „twoja wina”… Na drugi dzień wyskoczyła mi: czemu nie wypuściłam jej konia na padok i, że wczoraj naskoczyłam na nią z mordą. Nie dała sobie wytłumaczyć, że sama nie była lepsza. Nie chcąc robić sceny, pogodziłam się z nią.

Za to dzisiaj przeszłą samą siebie… Jej koń strasznie kaszle. Weterynarz był, koń dostaje jakiś lek. Od tygodnia koleżanka mi powtarza, że to dobrze, że koń wychodzi na dwór, bo oddycha wtedy świeżym powietrzem i nie wdycha kurzu. Dzisiaj, mimo, iż padało też wypuściłam go na padok. Jednakże mając na uwadze, to iż nie jest w pełni zdrowy, założyłam mu grubszą wodoodporną derkę i wypuściłam na padok pod drzewami, by miał jako tako sucho. „Koleżanka” wyskoczyła na mnie, że przecież on jest chory, ma wysoką temperaturę (38,2 (sic!)), że doskonale wiem, że ona sobie nie życzy bym wypuszczała go podczas deszczu. Na końcu dodała, że „powinnam myśleć głową”.  Nosz kuźwa twoja rozczochrana!!! Od razu przypomniały mi się słowa mojej matki: „myśl głową, a nie dupą”… Ciśnienie podskoczyło mi momentalnie, znów rozbolała mnie głowa… Po całej sytuacji, jej osoba dzisiaj ze mną więcej nie rozmawiała, nie zareagowała nawet na moje pożegnanie, gdy wychodziłam ze stajni…. A więc karny chu* dzisiaj wędruje do tej Pani, gratulujemy wygranej i dziękujemy za udział w zabawie.

Opublikowano W stajni | Otagowano | Skomentuj

Dlaczego one nam to robią? Co zrobić z koniem, który wyciera ogon i grzywę?

Kocham u Fryzów ich długie falowane grzywy i piękne, pełne ogony. Kupując Noska liczyłam, że też takie będzie miała. Okazało się jednak, iż tatusiowi słabo rośnie grzywa i niestety przekazał ten gen Dzidzi. Nic, myślę sobie. Będę smarować grzywę i ogon odżywkami, na pewno urośnie. A kupa. Nie dość, że nie urosła, to jeszcze Babol zaczęła sobie ją wycierać. Dostała niesamowitego swędzenia i z dnia na dzień widziałam jak jej włosów ubywa. Do tego doszło też tarcie ogonem. Choinka jasna, nie tak miało być! Byłam w sklepie jeździeckim, polecono mi specyfik na grzyba! Nic nie dało. Pytałam weterynarza… stwierdziła, że mogą to być wszy, dała specyfik, poleciła kąpać raz na tydzień i raz na tydzień prać wszystko. Po 4 tygodniach powinno się skończyć. Nie pomogło. Pytałam się wszystkich znajomych koniarzy… nie przejmój się, mówili, czasami konie mają po prostu swędzenie. Doradzili smarowanie oliwką dla dzieci. Tutaj uwaga! Nigdy nie smarujcie fryza oliwką dla dzieci! Nosek dostał takiego uczulenia, że aż skóra jej złaziła z karku i potylicy! Okazuje się, że kare konie są strasznie wrażliwe i nie należy stosować żadnych specyfików nie przeznaczonych dla koni. Znajoma poleciła mi bioolej z Leoveta. Co prawda uczulenie Babolowi przeszło, ale swędzenie pozostało. Musiałam smarować codziennie, by zmniejszyć wycieranie włosów, co kosztowało mnie bajońskie sumy. Przerzuciłam się więc na zwykły olej słonecznikowy. Efekt ten sam, a dużo tańszy. Jednakże musiałam pilnować by nigdy oleju nie zabrakło, bo wystarczył dzień bez smarowania i już grzywa była wytarta. Gdzieś jakiś cudem usłyszałam, że barokowe konie są szczególnie wrażliwe na letnią egzemę. Co to jest letnia egzema? Dotychczas myślałam, że letnia egzema wywołana jest słońcem i objawia się bąblami na skórze. Dzidzia na skórze bąbli miała wyjątkowo mało, więc myślałam, że nie ma uczulenia na lato. jak się okazuje letnią egzemę wywołują bardzo małe muszki, profesjonalnie nazwane: komar Culicoides. Powodują one alergiczne zapalenie skóry u koni, potocznie zwane „słodkie swędzenie”, „słodki świerzb”. Ugryzienie powoduje wpuszczenie w skórę liny, powodującej podrażnienie. Stan ten powoduje swędzenie i puchnięcie ugryzionego miejsca, które może prowadzić do owrzodzenia. Potwór ten gryzie wszystkie konie, ale nie wszystkie konie są na te objawy wrażliwe. Niestety Fryzy są nadwrażliwe. Nic co do tej pory stosowałam, nie pomagało, więc założyłam, że to musi być TO. Kupiłam płyn na słodkie swędzenie i niby pomagał. Jednakże jego też musiała smarować codziennie, a lepiej dwa razy dziennie. Kosztowało mnie to bajońskie sumy. Na forum dotyczącym koni fryzyjskich odszukałam innych mających ten sam problem. Polecili mi magiczny płyn o nazwie Shapley’s Original M-T-G Oil by Shapley’s. Shapleys-Original-MTGOlej dla koni silnie działający na grzyba, swędzenie, na porost włosów, itd. Tylko nie tańczy i kawy nie robi, za to śmierdzi dymem, ale cóż. Wystarczyło smarować 1-2 razy w tygodniu ogon i grzywę i był spokój. Objawy ustąpiły, lecz problem pozostał. Babol idzie w sierpniu na cały miesiąc odpoczywać na padokach do innej stajni i nikt nie będzie jej wcierał tego oleju, bo my jedziemy wtedy na wakacje. Po powrocie zastalibyśmy pewnie konia bez grzywy i ogona! To byłaby tragedia…Jak więc zaradzić temu paskudnemu problemowi. Okazuje się, że są specjalne derki chroniące konia przed tymi mikroskopijnymi komarami. Najbrzydsze derki jakie na świecie istnieją, dosłownie mumifikują konia, tak, że żadna muszka już pod spód nie wejdzie. Koleżanka stwierdziła, że jest to burka dla koni. W sumie to ma rację, bo Nosek jest zapakowana od uszu, aż do ogna. IMG_20140702_182354Ubieranie tej derki to istny koszmar, ponieważ część osłaniająca kark jest na stałe przyszyta do derki i zakończona grubą gumą. Całą derkę trzeba więc przeciągać przez głowę, zasłaniając koniowi oczy i uszy. Podczas pierwszego zakładania derki, Nosek stał dobra minutę albo dwie, z golfem na oczach zanim obczaiłam, jak mocna trzeba ciągnąć, by przeciągnąć derkę przez głowę. Naprawdę myślałam, że Babol dostanie fioła z nerwów na taką sytuację, ale stała spokojnie. Co tylko potwierdziło moje przypuszczenia, że miała już wcześniej doczynienia z taką derką. Mimo, iż poprzedni właściciel wiedział, że moja wiedza o fryzach równa się zeru, nie pochwalił się, że Dzidzia jest wrażliwa na letnią egzemę i powinnam jej kupić takową derkę już dawno. Pozwolił mi przejść przez to wszystko sama (przez zamartwianie się, szukanie problemu, wydawanie kroci na specyfiki…) i samej znaleźć rozwiązanie. Dziękować mu za to czy opierdzielić? Po przymierzeniu derki, Dzidzia podjęła decyzję, że to jest już JEJ derka i sprawiła, że jest już nie do zwrotu… IMG_20140702_182916Czyli zostaje…mam nadzieję, że skuteczność derki jest odwrotnie proporcjonalnie do tego jak wygląda. Jeżeli będzie działać, to jej wygląd mało mnie obchodzi, byle by tylko Babol przestałą się wycierać. Ludzie z forum polecili mi też odżywkę na porost włosów Mega-Tek Rebuilder Hoof, Mane & Tail by Eqyss Grooming Productsmega tek. Dopiero zaczęłam ją stosować, więc efektów jeszcze nie widać. Dla łatwiejszego rozprowadzania, zmieszałam trochę z sprayem na kołtuny dla koni i codziennie psikam ogon i grzywę. Zobaczymy efekty niedługo.

Opublikowano W stajni | Otagowano , , , , , | Skomentuj

Update

W domu ciągle się dzieje.Są nowe aktualizacje do spraw poprzednich.

Kobieta, która mi ostatnio drogę zagrodziła swoim tyłkiem i psem na smyczy, uwaga, uwaga, WNIOSŁA NA MNIE SKARGĘ, że niebezpiecznie jeżdżę po chodniku. Dostałam za to upomnienie od mojego menadżera. Włos mi się na głowie zjeżył i chciałam iść na udry, ponieważ nikt nawet nie zadał sobie trudu, by wysłuchać mojej wersji owej historyjki. Wiem już dokładnie gdzie babsztyl wredny mieszka. Menadżer sam wie, że nie zawsze da się nie jeździć po chodnikach, ale mam uważać na przechodniów. Staram się uważać na przechodniów, ale oni też powinni uważać na mnie. To w końcu ja zapierdzielam z czasami 30 kiloramowymi torbami pełnymi ich zasranych listów i paczek. Mam polecenie odgórne: unikać babsztyla jak ognia, by nie miała podstaw znów na mnie skargi wnieść. Jak mam jej unikać jak MIESZKA w moim rejonie? Wedle przełożonego, owa skarga nie będzie miała wpływu na moją nieskazitelną reputację i coroczną ocenę pracy, więc odpuściłam. Szkoda mi nerwów. Jak to się mówi…denerwować się, to jak karać siebie za głupotę innych.

Matka ostatnio odwinęła numer i popadła w niełaskę brackiego. Brat i bratowa mają jej już serdecznie dosyć, głównie z powodu jej roszczeniowej postawy, kłamstw i manipulacji. Ja znalazłam kurs niemieckiego na który chodziła. Wiedziona intuicją, znalazłam wykładowcę i skontaktowałam się z nim. Okazało się, że kurs, o którym jest mowa, NIE ISTNIEJE! Pięknie, prawda?! Matka wyłudziła ode mnie 1200 zł, a na to jest już paragraf… Postanowiłam nie konfrontować tego jeszcze, kiedyś to wyjdzie w praniu.

Wczoraj dzwoniła i prosiła o kasę na życie, bo jej „w tym miesiącu na pewno braknie i znów popadnie w długi”. Powiedziałam, że nie wiem czy jej dam w tym miesiącu. Bolała mnie jeszcze jej kłamliwa manipulacja o kurs niemeckiego. Wyskoczyła mi z tekstem, że dla mnie to tylko 100 euro. Nosz kurde! 100 czy 1000 euro. Wkurza mnie jej postawa roszczeniowa do mnie i do mojego brata, nauczyła się, że powie daj i od razu dostanie. Gówno ją obchodzi, że może na coś oszczędzasz, albo będą ci potrzebne na np naprawę samochodu, albo weterynarza. W jej głowie widnieje tylko: Ty masz, to MI daj, bo JA nie mam. Jak radzić sobie z takim podejściem?

Przy zdrowych zmysłach trzyma mnie tylko Nosek w stajni. Tylko ona nie chce ciągle czegoś ode mnie (oprócz smakołyków) i daje mi tyle z siebie. Dwa tygodnie temu, znów miałyśmy zawody, tym razem już mogłyśmy brać udział w wyższej klasie. Mimo, iż nie szła tak jak chciałabym, by chodziła, wpadły dwa pierwsze punkty do kolekcji. Jeszcze 8 i będziemy mogli przejść do następnej klasy w ujeżdżeniu. razem z trenerką pracujemy nad poprawą jej impulsu do przodu. Ogólnie chętna jest do pracy, ale czasami trzeba jej przypomnieć, że powinna żywo maszerować na przód. W tym miesiącu nie ma zawodów w naszej stajni, są dopiero pod koniec sierpnia. Trochę sobie odpoczniemy i popracujemy nad chodami. Nie będzie na razie stresu zawodów, ćwiczenia czworoboków. Będzie ruch na przód w każdym chodzie i wypady do lasu… Cisza i spokój i jak najmniej stresów.

Opublikowano W domu, W stajni | Otagowano , , , , , , | Skomentuj

Jak to jest mieć kochającą matkę?

Niedawno czytałam historię  o tym, jak synowa poleciła mężowi zaprosić jego matkę na kolację w dniu matki/urodzin. Syn takowo uczynił, czym sprawił ogromną radość matce. Po miesiącu matka zmarła, a on dostał list z pożegnaniem wspominający ową kolację i opłacone zaproszenie dla dwojga na kolejną kolację. Za każdym razem gdy czytam takie ckliwe teksty o rodzicach, czuję jak w środku budzi się we mnie bunt. Straszliwy bunt… Jestem dzieckiem DDA. Mój ojciec jest alkoholikiem, był nim odkąd pamiętam. Matka za to jest manipulatorką. Z biegiem lat jej chorobliwe manipulacje znacznie się zaostrzyły. Dzisiaj mam żal do obojgu za ich parszywy pływ na moje życie. Z ojcem do dziś nie utrzymuję kontaktów, zaś dla matki nigdy nie była wystarczająco dobra. Nieważne jak się starałam zawsze znalazł się ktoś lepszy, kogo powinnam naśladować. Nie pamiętam z dzieciństwa bym usłyszała, że jest ze mnie dumna. Zarówno w szkole jak i w jeździectwie starałam się za mało, według niej. A każde przewinienie i próbę buntu było karane szantażem, że sprzedadzą mojego ukochanego konia… Dziś nie jestem w stanie uwierzyć w żaden komplement, żadne dobre słowo innych ludzi, nigdy nie jestem usatysfakcjonowana i zawsze wymagam od siebie coraz więcej. Dziś również pomagam matce życiowo (czyt. finansowo). Mieszka w moim mieszkaniu, kupionym i urządzonym za moje pieniądze. Posiada działkę, na którą wyłożyłam połowę oraz finansuję jej utrzymanie, a także wysyłam co miesiąc pieniądze na jedzenie i leki. Jednakże ciągle jej mało. Za każdym razem, jak przyjeżdżałam w odwiedziny: robiłam jej zakupy do domu na kwotę 400 zł („bo nie ma co jeść”), fundowałam kosmetyczkę i fryzjera („bo taka biedna jest”). Pewnego razu u kosmetyczki nazwała mnie przy obcej kobiecie „swoim sponsorem” informując ją, że nie ma się przejmować kosztami, bo ja wszystko zapłacę. W tym momencie coś we mnie pękło i zaczęła kiełkować iskierka zrozumienia. Za każdym razem, równiutko pierwszego dnia miesiąca o godzinie 8:00, jak w szwajcarskim zegarku, dzwoni do mnie i woła o kolejne pieniądze… A ja mam już tego coraz bardziej dosyć. Doszło do tego, że w zeszłym roku na wiosnę dałam jej 3000 zł w ciągu 3 miesięcy, bo płaczliwym głosem wołała na weterynarza dla psa. Skończyło się na tym, że poszła tylko raz i zapłaciła 50 zł. Gdzie podziała się reszta kasy? Nie wiem i już zapewne nigdy się nie dowiem, choć mogę podejrzewać, że wpakowała je w błoto na działce. W tym roku umyśliła sobie, że pójdzie na kurs niemieckiego. Myślę sobie – fajnie, że chce się uczyć, rozwijać. Może kiedyś jej to się przyda, może pojedzie i znajdzie jakąś pracę i ułoży sobie życie ponownie… Zgodziłam się opłacać jej ten kurs. Co dwa miesiące trzeba było wpłacić ratę po 300 zł na kurs. W sumie nie dużo: 1200 zł za 10 miesięcy kursu. Równiutko co drugi miesiąc matka przypominała mi, że trzeba zapłacić za kurs, a oprócz tego wołała o pieniądze „na życie”. Za każdym razem jak rozmawiałyśmy przez telefon, matka sprzedawała mi historyjki: co się dzieje na kursie, kto odszedł, kto jak sobie radzi, czego się nauczyła, itp. Jak się okazało, w październiku przyznała się brackiemu, iż kurs rozwiązali (kurs zaczął się we wrześniu). Przyznała się i zastrzegła, że ma nie mówić Siostrze, czyli mi. Do czerwca tego roku bez skrupułów wołała o kasę na kurs. Tak nas ciągnęła z pieniędzy, że pod koniec każdego miesiąca sami byliśmy na minusie. Przez to musiałam poświecić swój czas i załatwić sobie dorywczą pracę na poczcie. Od tego czasu ciągle się mnie pyta kiedy znajdę sobię prawdziwą pracę…Głupia byłam, że przelewałam jej pieniądze na konto, zamiast opłacać kurs bezpośrednio. Głupia byłam, że raz jeszcze dałam się nabrać. Z biegiem czasu coraz niechętniej jej dawałam, tym większe manipulacje stosowała. Naprawdę nie wiem co zrobić w tej sytuacji, w końcu to moja matka. Chciałabym, by nasze relacje były takie jak innych matek ze swoimi dziećmi. Dlaczego ja nie mogę mieć normalnej rodziny? Od strony ojca jest rodzina pijaków, od strony matki-kłamcy, manipulatorzy i zawistne żmije. Dziwię się, że w takiej porąbanej rodzinie, ja wyrosłam na w miarę normalną kobietę. Matce już nie wierzę… w żadne jej słowo. Nawet jak naprawdę będzie potrzebowała pieniędzy, już jej nie zaufam. Nie mogę poradzić sobie z tą sytuacją, gryzie mnie to w środku i ciągle o tym myślę. Czuję się zdradzona. W głębi serca wiedziałam, że mnie manipuluje i naciąga, ale co innego podejrzewać, a co innego – wiedzieć prawdę. Czuję się jak żona, która podejrzewała zdradę męża, ale dopiero teraz usłyszała potwierdzenie od swoich znajomych… Przestałam na razie dzwonić, nie chcę z nią rozmawiać. Boję się, że wyrzucę jej prawdę w twarz i się obrazi. Wiem, że będę miała wtedy spokój, ale będę się martwić, bo wiem, że ona naprawdę potrzebuje mojej pomocy. Denerwuje mnie to, że ona to wykorzystuje za każdym razem. Nie wiem jak to rozegrać, by obronić siebie, a jednocześnie nie stracić kontaktu z matką. Boję się też, że pewnego dnia mój mąż zda sobie sprawę, że nie chce mieć więcej kontaktu z tak porąbaną rodziną i mnie zostawi dla świętego spokoju.

Opublikowano W domu | Otagowano , , , , | 1 komentarz

Największa głupota w życiu

A przynajmniej jedna z 10-ciu w moim dorosłym życiu. Przedwczoraj obiecałam dwóm koleżanką, że one zostawią swoje konie dłużej na padoku, a ja je później ściągnę spowrotem do stajni. Nie wiem jakim cudem i zrządzeniem losu, po prostu, ZAPONIAŁAM. Wyczyściłam Noska, pochowałam mój sprzęt i zwyczajnie wsiadłam do auta i pojechałam do domu. Jednocześnie, w jakiś sposób, byłam święcie przekonana, że wstawiłam oba konie do boksów. Na drugi dzień przyjeżdżam do stajni i jak gdyby nigdy nic, witam się ze wszystkimi i zaczyna mój czas w stajni. Po jeździe czyszczę Dzidzię, układam rzeczy i widzę „koleżankę” szepczącą coś na ucho jednej z właścicielek koni, którym obiecałam pomoc zeszłego dnia. Szepcząc, jednocześnie gapi się na nie spod byka, jakby jej rybkę, kota i psa zjadła za jednym zamachem. Podskórnie wiedziałam, że coś się święci. Przychodzi do mnie później ta właśnie właścicielka i mówi mi, że zapomniałam wczoraj konie z padoku zdjąć. Dla mnie to było kompletne zaskoczenie, pomieszane z niedowierzaniem. Z tych nerwów zakręciło mi się w głowie i myślałam, że lutnę na ziemie z wrażenia. Przed chwilą dałabym sobie dłoń uciąć, że sprowadziłam dzień wcześniej oba konie do stajni. Okazało się, że o wieczorem sprowadziła je dziewczyna, która tam pracuje. Koniom na szczęście nic się nie stało. Jedną koleżankę przeprosiłam, a drugiej sama powiedziałam, że okazało się, że zapomniałam. Obie mi wybaczyły i na tym był koniec zdarzenia. Jednakże mnie ta sytuacja czegoś na uczyła. Pomyślicie, że chodzi o odpowiedzialność. To też, chociaż zawsze staram się dotrzymywać słowa. Nauczyłam się jednak również nie ufać „koleżance”, która powiedziała o mojej wpadce właścicielce konia. Nie mam pretensji, że jej powiedziała, sama bym powiedziała, gdybym była świadkiem takowej sytuacji. Wkurzył mnie sposób w jaki to powiedziała. Szepcząc do ucha właścicielce, patrząc się na mnie ukradkiem. Do jasnej cholery, przecież stałam obok i szeptanie słyszałam, widziałam jej spojrzenie! Czy ona myśli, że jestem niedorozwinięta, bo jestem z Polski?! Nie mogę uwierzyć, że pomagałam babiszonowi na zawodach, bo srała w gacie ze strachu. Przecież mogła powiedzieć otwarcie, a nie obrabiać mi dupę za plecami. Teraz to może mnie w nią pocałować. Zastanawia mnie tylko jedna rzecz. Czy głupotą było, to że zwyczajnie zapomniałam dotrzymać słowa, czy to, że wcześniej próbowałam jakoś ułożyć moje stosunki z babiszonem?

Opublikowano W stajni | Otagowano , , , , , | Skomentuj

Ludzie, kontra moja praca

Przychodząc wczoraj do domu z pracy byłam zziębnięta, przemoczona, rozgoryczona i tak blisko od rzucenia pracy, którą zazwyczaj lubię. Sytuacja dosyć błaha, taka, która nie jest warta wzmianki, gdyby nie to, że nie zdarzyła się po raz pierwszy. Jestem listonoszem, tak dorabiam sobie roznosząc listy, magazyny, małe paczki, reklamy. Dostaję niezły wycisk fizyczny i do tego otrzymuje za to pieniądze. Niestety najniższą stawkę za godzinę, ale zawsze to coś i podreperuje trochę budżet małżeński. Niestety, niektórzy ludzie uroili sobie w swoich małych główkach, iż to, że jestem listonoszką sprawia, że jestem w jakiś sposób gorsza od nich i mogą traktować mnie jak śmiecia. Nie wiem w jaki sposób to, że nie siedzę w domu na tyłku i nie oglądam całymi dniami serialów, że zamiast lenić się na kanapie – coś robię w swoim życiu – czyni mnie gorszą od kogoś innego. Tak się składa, że moja strefa przebiega przez okolicę z domkami jednorodzinnymi, obok nich jest chodnik, obok chodnika jest pas zieleni, a za pasem zieleni jest ulica ze ścieżką rowerową. Niestety tak się składa, że znów spotkałam babę z dużym, pięknym, biały psem. Wiedząc, że jadę za nią z rowerem obładowanym trzema torbami, po 10 kg każda, idzie sobie taki wypłosz powolutku, zastawiając swoim grubym tyłkiem połowę chodnika i pozwalając swojemu psy zabrać drugą połowę. Mnie goni czas, woda leje się z nieba, a taki babsztyl zastawia mi drogę do domków, do których muszę dostarczyć listy i tonem ociekającym jadem, informuje mnie, że ścieżka dla rowerów jest przecież obok. Wiem, że obok jest ścieżka, ale jak mam z tego dystansu dostarczyć listy do skrzynek? Fruwać z nimi, czy może rzucać je ludziom na trawnik, jak to robią gazeciarze w amerykańskich filmach? Sytuacja zdażyła się nie po raz pierwszy i najbardziej denerwuje mnie świadomość, iż baba obstawia przy swoim i utrudnia mi pracę dla swojego widzimisię. Zazwyczaj lubię tę pracę, jest wielu uprzejmych ludzi, z którymi zawsze można zamienić słówko na ulicy, którzy rozumieją, że listonosz musi mieć dojście do skrzynek i dobre wychowanie nakłania do ustąpienia mu pierwszeństwa. Nawet służby miejskie kumają czaczę. Niestety zawsze znajdzie się, ktoś, który musi się dowartościować, kosztem innych. W takie dni, właśnie, moja praca po prostu „sucks”!

Mąż zrozumiał i pretensji nie miał, że zostałam dłużej w stajni, by pobawić się z Noskiem.

Opublikowano W domu | Otagowano , , | 2 komentarzy

Panika, gdy włosy zostają Ci w dłoni…

Uwielbiam czas, w którym nadchodzi zmierzch. Ten czas kiedy to już nie jest dzień, ale jeszcze nie noc. Magiczny czas, w którym wszystko jest jeszcze możliwe. Pora dnia, która przypomina mi czasy, gdy byłam nastolatką i w każde wakacje byłam w stajni od świty do nocy. Czas kiedy o zmierzchu mogło się wreszcie usiąść i odpocząć, wiedząc czego się dokonało w dzień. Czas zmierzchu najlepiej można było zauważyć i nacieszyć się nim w okresie ciepłych dni.  Czas w którym przychodzą ciepłe dni, okres w którym konie zmieniają sierść z zimowej na letnią jest dla nich bardzo trudny. To tak męczące przeżycie jak okres u kobiet. Konie się wtedy szybciej męczą, są bardziej ociężałe i mniej skore do zabaw. Nie wiele osób wie ( w zasadzie pewnie tylko wieloletni właściciele fryzów), że konie fryzyjskie w okresie zmiany okrycia gubią nie tylko sierść, ale także włosy z grzywy i ogona. Pamiętam moje czyste przerażenie, kiedy Nosek zmieniała po raz pierwszy sierść. Podczas przeczesywania palcami grzywy, w dłoni zostawały mi całe pukle włosów, jak u kogoś poddanego chemioterapii. W panice zastanawiałam się co może być z moim koniem, jakaś nieuleczalna choroba… Ulga jaką poczułam, gdy się dowiedziała, iż fryzy gubią włosy z ogona i grzywy podczas zmian okrycia była nie do opisania. Choć to dziwne, jest zupełnie normalne u koni rasy fryzyjskiej. Z jednej strony było wielkie UFFF, zaś z drugiej strony wielka szkoda, ponieważ długo hodowana i pielęgnowana grzywa i ogonek tak po prostu sobie wypadają.

Opublikowano W stajni | Otagowano , , , | Skomentuj